loader

30 lat w 30 dni

Dział: Zdrowie psychiczne
Wiek: 50
Zawód: Inżynier elektronik

30 LAT W TRZY DNI

Wszedłem w dorosłe życie trzydzieści lat temu z wykształceniem elektronika i z programem małej wartości wyniesionym z dzieciństwa. Jak później stwierdziłem dokonując samodzielnie regresji w czasie – lekarz powiedział przy mnie, że nie dożyję 14 lat. Jeżeli dożyję, będę słaby i cherlawy. Teraz mierzę 197 cm i ważę 95 kg, jestem też bardzo sprawny fizycznie i mimo pięćdziesięciu lat nigdy nie chorowałem.

Życie układało się względnie dobrze do czasu, kiedy 25 lat temu uległem bardzo silnemu prażeniu prądem elektrycznym. Od tego czasu zaczęły prześladować mnie dziwne wizje i obrazy, sceny jakichś wydarzeń, przeważnie tragicznych. Zdarzało mi się patrzeć na ludzi i widzieć ich śmierć za kilka lub kilkanaście dni, co się później potwierdzało. Widziałem przyszłe i przeszłe wydarzenia. Na przykład – parę tygodni przed faktem widziałem płonącą dyskotekę w Gdańsku i odebrałem emocje i przeżycia duszących się ludzi. Widziałem zagazowane metro w Japonii i trzęsienie ziemi w Chinach. Odebrałem wołanie o pomoc sowy tonącej w 20 metrowej studni oddalonej od mojego miejsca pobytu o 4 km… Pojechałem tam i udało mi się ją uratować.

Czasami zamiast obrazów odbierałem tylko emocje wydarzeń takich jak lęk, ból, strach, przerażenie. Nie potrafiłem zrozumieć siebie i zacząłem jeszcze bardziej uważać się za człowieka złego i gorszego od innych. Dołączyłem to do programu z dzieciństwa i rozpoczęła się moja osobista tragedia i osób mi bliskich. Wszelkie napięcia płynące “stamtąd” (z odbioru tych wizji) plus stresy życia codziennego powodowały olbrzymi lęk, a tym samym takie wydzielanie adrenaliny do krwi, że można to było jedynie rozładować paniczną ucieczką lub agresją. Cierpiały najdroższe mi osoby jak również przypadkowi ludzie wchodzący mi w drogę. Doszło do sprawy sądowej gdzie zostałem skazany.

Ja sam zacząłem uciekać od rodziny i ludzi, spać w lesie, próbować żyć samotnie dzierżawiąc domy stojące na uboczu lub w lesie. Cały mój dotychczasowy sukces: rodzina, własnoręcznie zbudowany dom mieszkalny, dobre usytuowanie w środowisku i opinie – poszły na marne. Zacząłem staczać się po równi pochyłej pomimo, że absolutnie nie używałem alkoholu (to jedno, co potrafiłem zachować do końca tego dna, które osiągnąłem). Wszelkie próby odzyskania równowagi wewnętrznej i opanowania niekontrolowanych stresów (np. pobyt w szpitalu psychiatrycznym) kończyły się niepowodzeniem. Środki psychotropowe stawały się coraz mniej skuteczne. Zwiększałem ich dawki w nieskończoność, a gdy nie skutkowało – garść tabletek popijałem szklanką alkoholu. Nigdzie nie pracowałem, straciłem wszystko. Ludzie zaczęli mnie oszukiwać i traktować coraz gorzej.

Czasami, w zrywach, wynajmowałem się do pracy budując ludziom domy i restaurując zabytkowe budynki (w tych starych domach odbierałem bardzo ładne wizje i dlatego lubiłem tam pracować). Na tym poziomie, ceniąc siebie bardzo nisko jako człowieka bardzo złego i nienormalnego, nie potrafiłem zażądać adekwatnej zapłaty za moją pracę i pracowałem czasami za 1/10 należnej mi kwoty. Z chwilą, kiedy odeszła ode mnie moja kochająca mnie i wspierająca do ostatniej chwili przyjaciółka i kiedy musiałem sprzedać za pół ceny mego ukochanego konia imieniem Edgar, doszło do prób samobójczych i samoagresji. Edgar był dla mnie ostatnim oparciem i kontakt z nim dawał mi resztki poczucia własnej wartości. Umieliśmy razem pracować i widzieć na “poziomie alfa”. Widzieliśmy sceny i obrazy, których nie dostrzegali przechodzący obok nas ludzie. W czasie wypraw do Puszczy Białowieskiej widzieliśmy dawno nieżyjących ludzi, ogromne drzewa, po których zostały tylko resztki pni i zwierzęta, które już dawno dosięgnęła śmierć.

Resztki pieniędzy wydałem na psychoterapeutów w Warszawie, którzy proces leczenia i odprogramowania z dzieciństwa określili na okres minimum 7 lat. Tak praktycznie pozostałem na samym dnie bez pieniędzy i jakiejkolwiej pomocy.

W kwietniu tego roku uciekłem w panice do Puszczy Białowieskiej z zamiarem skończenia z sobą. Trzy noce przespałem na ostatnim śniegu, który spadł tak późno tej zimy. Rozmawiałem ze swoją podświadomością i wyobraźnią. W trzy dni później byłem już w Białymstoku, gdzie roznosiłem przesyłki pocztowe po 2 tys zł od sztuki, żeby zarobić na opłacenie kursu podstawowego Metody Silvy.

Kończąc kurs byłem zaszokowany informacją, że jestem coś wart i że – tak jak każdy człowiek – jestem niepowtarzalny, wyjątkowy w całym Wszechświecie, że moje wizje i odbierane obrazy okazały się normalnością, że nie jestem wariatem za jakiego się już uważałem.

Do laboratorium na doradcę zaprosiłem wysoki świerk z Puszczy Białowieskiej, przed którym bardzo często modliłem się, wylewając swoje żale i pretensje, poniżając siebie i przeklinając zły los. Zamiast niego pojawił się minister Misiąg z poprzedniego Ministerstwa Finansów zwany tam “monetraystą”. Wniosek był prosty: moneta – wartość. Dość już tego, jesteś człowiekiem wartościowym i zadbaj o siebie. Dość wylewania łez. Twoja wartość jest w tobie, wystarczy ją tylko zobaczyć. Programy z dzieciństwa i nabyte później wydały się teraz łatwiejsze do zmiany poznanymi na kursie technikami.

Po skończonym kursie stanąłem przed problemem czy kontynuować rozpoczętą psychoterapię w Warszawie – dla mnie bardzo kosztowną i na razie mało efektywną. Miała ona jednak dużo zalet i korzystnych dla mnie rozwiązań moich kwestii życiowych.

Rozwiązałem ten problem metodą szklanki wody oczekując pojawienia się w nocy jakiegoś snu dającego w interpretacji odpowiedź. Niestety – wcześnie rano mogłem tylko z żalem spojrzeć w kierunku budynku, gdzie skończyłem kurs Silvy. Udałem się na spacer. Był to mój pierwszy spacer od wielu lat, kiedy szedłem spokojnie i powoli, tak jak chodzi się na spacery. Drogę w pewnym momencie przecięły głębokie wykopy i zmuszony byłem skręcić w lewo, wzdłuż akademika studenckiego. Podniosłem wzrok. Akademik nosił nazwę ALPHA. Nie musiałem sobie już nic więcej tłumaczyć.

Dziś jestem człowiekiem spokojnym, zrównoważonym, umiem kontrolować swoje zachowania, stresy i emocje. Pracuję nad sobą i kontrolą swojego umysłu. Rozwiązuję coraz lepiej swoje problemy i poprawiam sytuację osobistą, która jest coraz lepsza i lepsza. Cała moja przemiana dokonała się w pięknym miesiącu kwietniu w ciągu 3 dni kursu. Walczyłem o te przemiany przez 30 lat miliony razy podnosząc się i padając w beznadziejności. Teraz pomagam sobie i jestem w stanie pomagać innym. Cały kurs Silvy stał się dla mnie sukcesem, tak jak poszczególne jego techniki…

Michał Barmuta, Bialowieza